
Pracownicy wracają do biur, ale tylko ciałem
Witaj w erze „The Great Compliance”
W dyskusji o powrotach do biur pojawia się określenie The Great Compliance – można je przetłumaczyć jako „wielkie podporządkowanie”. Nie buntujemy się. Nie trzaskamy drzwiami. Nie piszemy manifestów przeciwko biurom. Po prostu przychodzimy. Bo takie są zasady.
I właśnie tutaj zaczyna się problem. Obecność fizyczna nie musi oznaczać zaangażowania, współpracy ani nawet większego kontaktu z innymi. Można przecież przyjechać do biura, założyć słuchawki i przez osiem godzin rozmawiać na Teamsach z ludźmi siedzącymi dwa piętra wyżej.
Kawa, karta i do domu
Zjawisko doczekało się nawet własnej nazwy: coffee badging. Schemat jest prosty. Przychodzisz do biura. Odbijasz kartę. Pijesz kawę. Pokazujesz się. Wracasz pracować tam, gdzie jest Ci wygodniej.
W jednym z badań przeprowadzonych wśród pracowników objętych zaostrzonymi zasadami RTO 46% respondentów przyznało, że zdarzało im się praktykować coffee badging.
To oczywiście nie oznacza, że połowa pracowników codziennie wpada do biura wyłącznie po cappuccino. Pokazuje jednak coś znacznie ciekawszego.
Kiedy miernikiem sukcesu powrotu staje się obecność, ludzie zaczynają optymalizować... obecność.
Coffee badging
Status: spełniony.
I może właśnie dlatego pytanie „ile dni ludzie są w biurze?” nie jest dziś najciekawszym pytaniem. Znacznie ciekawsze brzmi: Co dzieje się między nimi, kiedy już tam są? Czy rozmawiają? Czy pracują razem? Czy jedzą razem lunch? Czy spontanicznie rozwiązują problemy? Czy nowa osoba ma z kim wypić kawę? Czy powstają rozmowy, które nigdy nie wydarzyłyby się podczas zaplanowanego calla?
Bo jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to być może nie mamy problemu z frekwencją. Mamy problem z sensem obecności.
Biuro nie jest problemem
I nie chodzi o to, że ludzie nie chcą już przychodzić do biur. Wręcz przeciwnie. Biuro może dawać coś, czego trudno doświadczyć podczas kolejnego spotkania online: przypadkową rozmowę, szybką pomoc kolegi, wspólny żart, możliwość obserwowania innych przy pracy, poczucie rytmu dnia i zwyczajne doświadczenie bycia częścią grupy. Ale tylko wtedy, kiedy jest po co do niego przyjechać.
Jeżeli jedyną różnicą między pracą z domu a pracą z biura jest adres IP i koszt dojazdu, trudno oczekiwać entuzjazmu. Dlatego być może największym wyzwaniem nie jest dziś ściągnięcie ludzi z powrotem do biur. Jest nim sprawienie, żeby po przyjeździe pomyśleli:
„Dobrze, że dzisiaj tu jestem.”
Bo biuro to nie adres.
To ludzie, których tam spotykasz.
I być może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa rozmowa o powrocie do biur.
Nie od pytania: „ILE DNI MAMY BYĆ?”
Tylko: „PO CO MAMY BYĆ RAZEM?”
